Jestem typem nałogowca. Jak coś spróbuję i mi przypasi to wpadam jak śliwka w kompot. Dlatego omijam alkohol szerokim łukiem i tylko w sporadycznych sytuacjach, na imprezach sobie pozwalam, bo pewnie i ten nałóg by mnie dopadł. Nałogowo czytam, nałogowo robię zakupy, nałogowo się odżywiam, nałogowo ćwiczę, nałogowo piorę, nawet ciuchy, które prania nie wymagają, nałogowo palę niestety, choć od jakiegoś czasu elektrona, a już 10 lat nie paliłam. Nałogowcem zostaje się przez całe życie. Podobno nałogi się zmienia, wychodząc z jednego wpada się w drugi. U mnie to nie działa, u mnie dochodzą nowe. I chyba właśnie uzależniłam się od bloga:)
I mimo, że cudnych, plenerowych fot brak, to wstawiam zrobione te w chałupie. I taka najpiękniejsza to na nich nie jestem, w końcu ferie, daję cerze odpocząć;) Dresowe ciuchy już od jakiegoś czasu nieustannie królują w modzie, więc i ja dresową kieckę sobie sprawiłam. Może fason nie najmodniejszy, ale mi się podoba. Sukienka - sh
A jutro do chłopaków jadę! Nie mogę się zdecydować hurra czy łeee...... Bo kij ma dwa końce;)
wtorek, 17 lutego 2015
poniedziałek, 16 lutego 2015
Sport to zdrowie
Pewnie tak...
Choć sportsmenka ze mnie raczej nie z pasji;)
Od dłuższego czasu swe sportowe poczynania dokonuję w domu przed laptopkiem. Wizyty na zbiorowych ćwiczeniach tj. zumba, aerobik etc. z kumpelami kończyły się nieokiełznanym gadulstwem, albo wycofywaniem się koleżanek, których zapał był krótkotrwały, podobnie na fitnesie. Dałam więc sobie spokój i w pieleszach domostwa katuję swe ciało. A, że u sie trenuję, to na kreacje do ćwiczeń specjalnie nie dbałam, choć dresy za luźne się zrobiły i z tyłka zjeżdżały. Poza tym uznałam, że ciuchy sportowe na prezentacje w domu są zdecydowanie za drogie. Kiedy zatem w gazetce Biedronki ujrzałam, korzystne ceny tychże towarów, postanowiłam się obkupić. Ale matko jedyna, toż to istne polowanie było, trudniejsze niż łowy w lumpeksie. W mojej Biedzie (tak powszechnie ją sobie nazywam) nie szło kolorów i rozmiarów za chiny dobrać. Jak znalazłam portki to bluzki w mym rozmiarze nie było, jak dobrałam rozmiary to kolorki niestety pasować nie chciały. Uderzyłam zatem do dwóch kolejnych Biedronek i zgadnijcie czy coś dostałam, a gdzież tam. Cudów nie ma. Chcesz tanio kupować to się kobieto nalataj. W końcu bluzkę do bierdronkowych spodni w Lidlu dobrałam:) Nie sądzę, żebym jeszcze raz na takie zakupy się zdecydowała. No i teraz wyglądam jak rasowa sportsmenka hehe
Choć sportsmenka ze mnie raczej nie z pasji;)
Od dłuższego czasu swe sportowe poczynania dokonuję w domu przed laptopkiem. Wizyty na zbiorowych ćwiczeniach tj. zumba, aerobik etc. z kumpelami kończyły się nieokiełznanym gadulstwem, albo wycofywaniem się koleżanek, których zapał był krótkotrwały, podobnie na fitnesie. Dałam więc sobie spokój i w pieleszach domostwa katuję swe ciało. A, że u sie trenuję, to na kreacje do ćwiczeń specjalnie nie dbałam, choć dresy za luźne się zrobiły i z tyłka zjeżdżały. Poza tym uznałam, że ciuchy sportowe na prezentacje w domu są zdecydowanie za drogie. Kiedy zatem w gazetce Biedronki ujrzałam, korzystne ceny tychże towarów, postanowiłam się obkupić. Ale matko jedyna, toż to istne polowanie było, trudniejsze niż łowy w lumpeksie. W mojej Biedzie (tak powszechnie ją sobie nazywam) nie szło kolorów i rozmiarów za chiny dobrać. Jak znalazłam portki to bluzki w mym rozmiarze nie było, jak dobrałam rozmiary to kolorki niestety pasować nie chciały. Uderzyłam zatem do dwóch kolejnych Biedronek i zgadnijcie czy coś dostałam, a gdzież tam. Cudów nie ma. Chcesz tanio kupować to się kobieto nalataj. W końcu bluzkę do bierdronkowych spodni w Lidlu dobrałam:) Nie sądzę, żebym jeszcze raz na takie zakupy się zdecydowała. No i teraz wyglądam jak rasowa sportsmenka hehe
niedziela, 15 lutego 2015
niedziela
Czytam Wasze komentarze i wierzcie mi dosłownie się czerwienię. Masakra ile komplementów się człowiek naczyta i od razu rośnie i rośnie, a serducho puchnie z dumy, że wysiłek się opłacił:)
Dziś niedziela taka trochę walentynkowa. Wczoraj zbieraliśmy siły po imprezce, ale dziś korzystając, że dzieciątka moje najukochańsze daleko, wybraliśmy się na... randkę? Tak, biorąc pod uwagę okoliczności to była to randka. Tylko kwiatów zabrakło, muszę to hasbendowi wypomnieć;)
Wieczorkiem w sobotę podjęliśmy tę ważką decyzje o wypadzie na miasto no i padło na kino. W naszych okolicach zero szans na wbicie się, wszystko porezerwowane, więc wyruszyliśmy w szerszy świat. Nie dalej, jak wczoraj pisałam, że na Greya mnie nie ciągnie, bo książki jakoś mnie nie urzekły. Zaraz wróć, pierwszą część przeczytałam z przyjemnością (takie sceny erotyczne, są rzadkością w literaturze, którą czytam), ale druga i trzecia to już zwykły romans podkręcany tym seksem i jakoś mnie rozczarowały. Ale na co tu iść? Chętnie bym poszła na Ziarno prawdy, ale właśnie jestem w trakcie czytania książki i nie miałam ochoty zepsuć sobie tego czytania, Poszłabym na Wkręconych, ale małżonek mój uparł się na Greya, bo nie czytał, i chciał fenomen ten poznać. Więc ok poszliśmy na Greya. I .... i nic, wolę jednak bardziej wartą akcję, jak coś się na ekranie dzieje, a tam ... Nie wiem mam mieszane uczucia. Niby film nie jest zły, ale żebym była pod wrażeniem? Zdecydowanie nie. A Wam jak się podoba książka/ film?
A pogodę na randkę mieliśmy super. I korzystając okazji małżonek mój pstryknął mi focie na dworku, nawet bez kurtki, na prawdę, w słonku przyjemnie było. Już by mogła taka pogoda jak dla mnie zostać:)
Kreacja moja - sh, byty stare jak świat z deichmanna i torba równie stara - mohito
Dziś niedziela taka trochę walentynkowa. Wczoraj zbieraliśmy siły po imprezce, ale dziś korzystając, że dzieciątka moje najukochańsze daleko, wybraliśmy się na... randkę? Tak, biorąc pod uwagę okoliczności to była to randka. Tylko kwiatów zabrakło, muszę to hasbendowi wypomnieć;)
Wieczorkiem w sobotę podjęliśmy tę ważką decyzje o wypadzie na miasto no i padło na kino. W naszych okolicach zero szans na wbicie się, wszystko porezerwowane, więc wyruszyliśmy w szerszy świat. Nie dalej, jak wczoraj pisałam, że na Greya mnie nie ciągnie, bo książki jakoś mnie nie urzekły. Zaraz wróć, pierwszą część przeczytałam z przyjemnością (takie sceny erotyczne, są rzadkością w literaturze, którą czytam), ale druga i trzecia to już zwykły romans podkręcany tym seksem i jakoś mnie rozczarowały. Ale na co tu iść? Chętnie bym poszła na Ziarno prawdy, ale właśnie jestem w trakcie czytania książki i nie miałam ochoty zepsuć sobie tego czytania, Poszłabym na Wkręconych, ale małżonek mój uparł się na Greya, bo nie czytał, i chciał fenomen ten poznać. Więc ok poszliśmy na Greya. I .... i nic, wolę jednak bardziej wartą akcję, jak coś się na ekranie dzieje, a tam ... Nie wiem mam mieszane uczucia. Niby film nie jest zły, ale żebym była pod wrażeniem? Zdecydowanie nie. A Wam jak się podoba książka/ film?
A pogodę na randkę mieliśmy super. I korzystając okazji małżonek mój pstryknął mi focie na dworku, nawet bez kurtki, na prawdę, w słonku przyjemnie było. Już by mogła taka pogoda jak dla mnie zostać:)
Kreacja moja - sh, byty stare jak świat z deichmanna i torba równie stara - mohito
sobota, 14 lutego 2015
Po balu:)
Co za dzień. Nie pamiętam, kiedy taki przeżyłam, chyba jeszcze przed ślubem. Dzieciaki na wakacjach, czyli chata wolna. Luz blus...
Po imprezce wstaliśmy sobie z małżonkiem moim najmilszym późnym południem, wrzuciliśmy na ruszt śniadanioobiad, delikatnie ogarnęłam, co trzeba, żeby mnie bajzel nie drażnił i dalej zaległam na kanapie. Myślałam, że nie dam rady, a tu ... udało się. Więc serialiki kryminalne zaliczyłam, książeczkę (też kryminalną) poczytałam, dwie drzemki zaliczyłam i dalej siedzę, zaglądając do Was. No, może szczyt Walentynkowych emocji to nie jest, ale wczoraj wystarczająco dużo energii z siebie wydobyłam. Bal udany, lokal przepiękny, jedzonko pyszne, ilość alkoholu w sam raz, towarzystwo wyborne, orkiestra grała jak trzeba, to jak miał się nie udać?
Jedynie co to panowie mnie zawiedli...bo lubię sobie popatrzeć na starszych, eleganckich szarmanckich, tudzież młodych, jurnych, szalonych, a tu jakoś nie było na kim oka zwiesić (takie moje zboczenie, ale nie żebym pań nie dostrzegała). Zdjęć z samego balu nie mam, bo aparatu nie wzięłam świadomie, gdyż ponieważ mamy z mężem przypadłość, że zapominamy pozbierać swoje bambetle ( w ten sposób np. butów zapasowych się kiedyś pozbyłam) bo ja liczę, że on siateczkę zabrał, on, że ja, a w chałupie się okazuje, że dobytek utracony, więc nie ryzykowałam. A telefon mój ulubiony zresztą do torebusi mi się nie zmieścił. Jedno, jedyne zdjątko posiadam, które dostałam dziś mmsem od współbiesiadnika naszego. Pytanie czy uda mi się je tu zamieścić, bo to pewnie wyższa szkoła jazdy. Zaraz popróbuję. Jednakże świadoma, że tego aparatu nie biorę, małżonek cyknął mi w kuchni:) przed wyjściem kilka fotek, cobym mogła się moją kusą kiecką z wyprzedaży pochwalić:)
ps. W butkach mych nowych całe dwie godziny wytrzymałam, i jak starocie moje włożyłam, to choć szpilka raz wyższa była, to jakbym kapcie włożyła;)
Udanych Walentynek pełnych miłosnych uniesień;)
Po imprezce wstaliśmy sobie z małżonkiem moim najmilszym późnym południem, wrzuciliśmy na ruszt śniadanioobiad, delikatnie ogarnęłam, co trzeba, żeby mnie bajzel nie drażnił i dalej zaległam na kanapie. Myślałam, że nie dam rady, a tu ... udało się. Więc serialiki kryminalne zaliczyłam, książeczkę (też kryminalną) poczytałam, dwie drzemki zaliczyłam i dalej siedzę, zaglądając do Was. No, może szczyt Walentynkowych emocji to nie jest, ale wczoraj wystarczająco dużo energii z siebie wydobyłam. Bal udany, lokal przepiękny, jedzonko pyszne, ilość alkoholu w sam raz, towarzystwo wyborne, orkiestra grała jak trzeba, to jak miał się nie udać?
Jedynie co to panowie mnie zawiedli...bo lubię sobie popatrzeć na starszych, eleganckich szarmanckich, tudzież młodych, jurnych, szalonych, a tu jakoś nie było na kim oka zwiesić (takie moje zboczenie, ale nie żebym pań nie dostrzegała). Zdjęć z samego balu nie mam, bo aparatu nie wzięłam świadomie, gdyż ponieważ mamy z mężem przypadłość, że zapominamy pozbierać swoje bambetle ( w ten sposób np. butów zapasowych się kiedyś pozbyłam) bo ja liczę, że on siateczkę zabrał, on, że ja, a w chałupie się okazuje, że dobytek utracony, więc nie ryzykowałam. A telefon mój ulubiony zresztą do torebusi mi się nie zmieścił. Jedno, jedyne zdjątko posiadam, które dostałam dziś mmsem od współbiesiadnika naszego. Pytanie czy uda mi się je tu zamieścić, bo to pewnie wyższa szkoła jazdy. Zaraz popróbuję. Jednakże świadoma, że tego aparatu nie biorę, małżonek cyknął mi w kuchni:) przed wyjściem kilka fotek, cobym mogła się moją kusą kiecką z wyprzedaży pochwalić:)
ps. W butkach mych nowych całe dwie godziny wytrzymałam, i jak starocie moje włożyłam, to choć szpilka raz wyższa była, to jakbym kapcie włożyła;)
Udanych Walentynek pełnych miłosnych uniesień;)
piątek, 13 lutego 2015
piątek
Już dziś nie zdążę do Was zajrzeć, ale jutro nadrobię wszystkie zaległości, bo wakacji czas nastał:) Huuura!!! Siedzę wymakijażowana, w bieliźnie i butach i liczę, że w jakiś cudowny sposób się rozciągną;) Nic trza jakieś stare wziąć na zmianę:) i Bal... Łeee tam...
Dziś kreacja z koszulą błękitną, której nie kupiłam w lumpie tylko na wyprzedaży w Reserved. Reszta oczywiście zdobyta tam gdzie zawsze:) Lecę szykować się dalej, coby zalśnić dziś na parkiecie, a Wam życzę udanego wieczoru i jutrzejszych Walentynek wielce miłosnych. Buźka:)
Dziś kreacja z koszulą błękitną, której nie kupiłam w lumpie tylko na wyprzedaży w Reserved. Reszta oczywiście zdobyta tam gdzie zawsze:) Lecę szykować się dalej, coby zalśnić dziś na parkiecie, a Wam życzę udanego wieczoru i jutrzejszych Walentynek wielce miłosnych. Buźka:)
czwartek, 12 lutego 2015
czwartek
Jutro znów impreza i znów mi się nie chce iść, najchętniej zaległabym sobie z książką, zwłaszcza, że jednak to nie sobota, kiedy człowiek może sobie troszkę dłużej rano pokimać i wypoczętym iść balować. Niestety praca jutro mnie wzywa i nic z tym nie da się zrobić. Jednak, gdy się tak zastanowię, to impreza w zeszłą sobotę musi być zaliczona przeze mnie do wielce udanych, a też mi się iść nie chciało, więc może coś w tym jest:) Nie zrobiłam sobie foty w kreacji z tejże zabawy, gdyż ponieważ nie zdążyłam, a potem pomyślałam sobie, że i tak idę za tydzień w tym samym to stratę nadrobię. A tu surprise:) Małżonek mój najmilszy wyszedł z inicjatywą, cobym sobie coś nowego sprawiła. No to mi dwa razy nie trzeba powtarzać i w szale zakupowym dwie kiecki kupiłam na bardzo sympatycznej wyprzedaży. Kiecki owszem tanie za dwie 6 dyszek dałam, ale po powrocie do chałupy okazało się, że żadne posiadane przeze mnie buty nie są dość zacne do tych kreacji. No cóż, tu obcasik zdarty, tam zdarty, tu coś odłazi i tam też. Nic innego mi nie zostało, jak po buty się udać. Jestem zupełnie wyczerpana tymi zakupami i stwierdzam, że poszłabym sobie w starej sukienusi i kłopotów byłoby mniej. Buty w końcu kupiłam, ale prawy mnie tak pije, że nie wiem jak ja w nich przeżyję. Mam problem z szpilkami tudzież czółenkami, moja prawa stopa jest ździebko większa i albo mi lewy klapie albo prawy jest ciasny. Dobrego wyjścia nie ma:( A z sukienką to zaszalałam, takiej mini to ja jeszcze nie miałam, nawet w czasach kiedy jeszcze mi wypadało w takiej chodzić, ale co tam, raz się żyje. W mieścinie takiej, a nie innej przyszło mi żyć, i tak mnie obmówią i tak, więc niech przynajmniej mają o czym:)
Chłopaki moje od jutro na ferie wyjadą i taaak mi się serducho ściska. Niby chcę odpocząć i w ciszy błogosławionej pobyć, a jednak już mi tęskno, choć jeszcze nie wyjechali. Na szczęście ( a jednak) we wtorek już się zobaczymy, bo do nich dojadę:) Ferie, nareszcie... Styrana jakaś taka jestem, odpocząć muszę i to w trybie natychmiastowym, byle jutro przeżyć:)
Dziś ma kreacja czwartkowa. Nie specjalnie byłam do niej przekonana. Kocham wszelkiej maści koszule, ale teraz za chłodno, żeby w samej tej szacie paradować. Jednak tęskno mi do nich niezmiernie, więc sweterek na wierzch postanowiłam zarzucić. Sweterek odziedziczyłam po mamie i niby jest cudny i kolorek i sploty, a jednak coś w nim mi nie gra. Ostatecznie na fotach tak źle nie wygląda... Sama nie wiem.
Wszystko z lumpa (sweter od mamy też, z niej nawet lepsza łowczyni ode mnie:))
Chłopaki moje od jutro na ferie wyjadą i taaak mi się serducho ściska. Niby chcę odpocząć i w ciszy błogosławionej pobyć, a jednak już mi tęskno, choć jeszcze nie wyjechali. Na szczęście ( a jednak) we wtorek już się zobaczymy, bo do nich dojadę:) Ferie, nareszcie... Styrana jakaś taka jestem, odpocząć muszę i to w trybie natychmiastowym, byle jutro przeżyć:)
Dziś ma kreacja czwartkowa. Nie specjalnie byłam do niej przekonana. Kocham wszelkiej maści koszule, ale teraz za chłodno, żeby w samej tej szacie paradować. Jednak tęskno mi do nich niezmiernie, więc sweterek na wierzch postanowiłam zarzucić. Sweterek odziedziczyłam po mamie i niby jest cudny i kolorek i sploty, a jednak coś w nim mi nie gra. Ostatecznie na fotach tak źle nie wygląda... Sama nie wiem.
Wszystko z lumpa (sweter od mamy też, z niej nawet lepsza łowczyni ode mnie:))
środa, 11 lutego 2015
środa
Cóż, dzień, ja co dzień. Zabiegany, zalatany, dopiero co klapłam sobie na fotelik. Jutro będzie powtórka z rozrywki:) Przy życiu trzyma mnie fakt, że jeszcze tylko dwa dni i WOOOLNE:)
Zawdziałam na sie dziś me ulubione boyfriendy (cropp) oraz ubiegłoroczne botki z Cenrto, reszta lumpeks:)
Wynurzeń dziś brak;)
Zawdziałam na sie dziś me ulubione boyfriendy (cropp) oraz ubiegłoroczne botki z Cenrto, reszta lumpeks:)
Wynurzeń dziś brak;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)












































